Kobieta w średnim wieku rzuciła mi tylko krótkie, zimne spojrzenie swoich niebieskich oczy. Nie odpowiedziała mi. Domyślałam się, że tak będzie. Pokłóciłyśmy się wczoraj. Powiedziałam, że tak jak trzy razy w tygodniu, i wczoraj wrócę poźniej, bo mamy spotkania grupy czytelników w bibliotece. To było gładkie kłamstwo. Lubiłam czytać więc mama nie nabrała podejrzeń. Przez całe trzy miesiące nie miała żadnych zastrzeżeń. Do wczoraj. Kiedy wróciłam do domu była wściekła. Krzyczała na mnie, że wyszła na idiotkę w szkole. Chciała mnie odebrać i pojechać na wspólne zakupy. Poszła więc do biblioteki, ale nikogo tam nie było. Zapytała więc o wszystko bibliotekarkę, która spojrzała na nią jak na idiotkę i powiedziała, że nie istniała żadna grupa czytelników. Mama zarobiła mi przesłuchanie. Koniecznie chciała wiedzieć, co robię od trzech miesięcy trzy razy w tygodniu. Nie chciałam jej mówić, bo wiedziałam, że jej się to nie spodoba. Ale nie miałam wyjścia. Więc w końcu moja rodzicielka dowiedziała się, że od trzech miesięcy trenuję kickboxing i chodzę na zajęcia z samoobrony. Była delikatnie mówiąc niezadowolona. Nakrzyczała na mnie ponownie, że to nie są sporty dla dziewczyn, że nastolatki powinny zajmować się innymi rzeczami i w życiu się na to nie zgodzi. Nie rozumiałam jej. Doskonale widziała dlaczego chciałam ćwiczyć te sporty a mimo to nadal upierała się przy swoim. Nawet nie mogłam sięgnąć po poparcie taty, bo wyjechał w delegację dzień wcześniej i wracał dopiero za kilka dni. Więc podejrzewałam, że do jego przyjazdu między mną, a mamą relacje się nie zmienią.
Westchnęłam tylko i wyjęłam kilka rzeczy z lodówki, żeby zrobić sobie śniadanie do szkoły. Coś jeść musiałam chociaż zdążyłam zauważyć, że było tylko to czego nie lubiłam. Ciekawe dlaczego? Zrezygnowałam z samodzielnego robienia kanapki. Kupię coś po drodze. Nie było sensu, żebym wykłócała się o cokolwiek. Obiad też zamierzałam sobie kupić. Chociaż nie wiem czy to było bezpieczne. Pewnie jak powiem, że nie chcę w domu, bo już jadłam, to dostanę przemowę o tym, że jestem chora i nie mogę nie jeść, że się odchudzam i jestem nienormalna. Wolałam sobie tego oszczędzić. Więc spodziewałam się na obiad wątróbki.
Złapałam plecak i skierowałam się do wyjścia. Nie żegnałam się, bo nie spodziewałam się, że ktokolwiek mi odpowie. Ściany przecież nie mówią, mają tylko uszy.
- Masz więcej nie chodzić na te zajęcia. - rzuciła kobieta, a ja nie dyskutowałam tylko wyszłam.
Nie może mnie zamknąć w domu. I nie może mi tego zabronić. Nadal miałam zamiar ćwiczyć. Chodziło o to, żebym ja się dobrze czuła. Byłam tak zdeterminowana, że podczas tych trzech miesięcy naprawdę wiele się nauczyłam. Mój trener był zachwycony moimi postępami. Powiedział mi, że od dłuższego czasu nie miał tak zdolnego ucznia. Był trochę niezadowolony, że nie chcę brać udziału w zawodach i reprezentować jego klubu, ale również mnie rozumiał. Opowiedziałam mu jak wygląda ta sytuacja jeśli chodzi o moich rodziców. Od tamtej pory nie nalegał, ale czasem przy mnie wspominał komuś, że jestem diamentem, który nie daje się do końca oszlifować. Doceniałam jego starania. Nie był obojętny jak większość społeczeństwa.
Weszłam do piekarni na rogu. Sprzedawczyni była miłą panią po sześćdziesiątce. Uśmiechnęła się na mój widok, a przy oczach pojawiły jej się drobne zmarszczki. Bywałam tam niemal codziennie, po coś dobrego. Jej wypieki były mistrzostwem świata. Nigdy nie jadłam nic pyszniejszego.
- Cześć Agness. Na co masz dzisiaj ochotę? - spytała, patrząc na mnie ciepło.
Szczyt wszystkiego. Żeby pani z piekarni okazywała mi więcej ciepła niż mama w domu. Świetnie. Ale to było miłe. Ta pani zawsze miała dla wszystkich uśmiech. Nawet w gorsze dni, widziałam, że nadal stara się być radosna.
- Dzień dobry. - posłałam jej lekki uśmiech - Może mi pani coś polecić? Wszystko wygląda zbyt dobrze. - zaśmiała się na moje słowa.
Rozejrzała się i zamyśliła przez chwilę. Potem złapała coś nim zdążyłam dojrzeć co to i zapakowała. Naliczyła to na kasę i podała mi.
- Masz niespodziankę na dziś. Na pewno będzie ci smakować. - dodała.
- Dziękuję. - wyszczerzyłam się do niej i podałam banknot - Miłego dnia!
- Dziękuję! Tobie też! - odpowiedziała mi szybko nim wyszłam.
Dzień był dość ładny. Świeciło słońce, a na niebie nie było ani jednej chmurki, jednak wiał lekki wiatr, prze co było zimniej. Mocniej schowałam noc w wielkiej chuście, którą uwielbiałam. Gdyby nie ona, już nie raz za pewne bym zamarzła. Jeśli odpowiednio dobrze się nią owinęłam chroniła mnie prawie całą przed zimnem. Nie lubiłam zimna. Aczkolwiek uwielbiałam zimę i śnieg. Ambiwalentna ze mnie osóbka. Spojrzałam na zegarek i trochę przyspieszyłam. Nie chciałam spóźnić się na angielski. Uwielbiałam lekcje pani Ravio. Była człowiekiem, który naprawdę nadawał się na nauczyciela. Nie brałam udziału w jej lekcjach. Nie chciałam, żeby ludzie zaczęli mnie zauważać. Ale naprawdę ją doceniałam.
Szybkim krokiem weszłam do szkoły i podeszłam do mojej szafki. Wpisałam czterocyfrowy kod i otworzyłam drzwiczki. Schowałam kurtkę i zabrałam książki na kilka pierwszych lekcji, do przerwy śniadaniowej. Zatrzasnęłam szafkę i nie zdążyłam odejść, bo na kogoś wpadłam.
- Przepraszam... - wydukałam, próbując podnieść się z ziemi.
- Zawsze jesteś taka zamyślona? - rzuciła z rozbawieniem blondynka z różowymi i zielonymi pasemkami na blond włosach.
- Czasem... - mruknęłam.
Chyba przez te trzy miesiące zapomniałam jak to jest rozmawiać z ludźmi. Od tamtej pory z nikim tu nie rozmawiałam. Cud, że potrafiłam wydusić z siebie chociaż słowo.
- Długo chcesz być jeszcze taką oudsiderką? Bo odkąd cię zobaczyłam to pomyślałam, że powinnyśmy zostać dobrymi kumpelami. - odjęło mi mowę. Blondynka zaczęła się śmiać - Ale masz minę.
Była bardzo bezpośrednia. Nie przeszkadzało mi to. Ale chciała się ze mną zakumplować? To mnie nieco zdziwiło. Raczej nie wykazywałam takich chęci, raczej nie dawałam siebie poznać, więc co miałam, że ta dziewczyna chciała zostać dla mnie kimś więcej niż innym istniejącym człowiekiem w tej szkole?
- Ja... - przewała mi.
- Spokojnie. - zaśmiała się - Nie oczekuje deklaracji na całe życie. Po prostu pomyślałam, że byłabyś dobrym kompanem do pogaduszek, imprezowania i tego typu rzeczy. Wyglądasz na kogoś komu można zaufać, nie tak jak te wszystkie pieprzone pseudo psiapsi. - mruknęła.
Ta dziewczyna chyba miała w sobie coś, co sprawiło, że ja chciałam, żebyśmy się zakumplowały.
- Agness. - wyciągnęłam dłoń w jej stronę.
- Savia. - uścisnęła moją rękę - To może być początek pięknej znajomości.
- Jeśli cytujesz Timona to na pewno będzie. - odparłam na co obie zaśmiałyśmy się.
- W takim razie do zobaczenia na przerwie na lunch.
Pożegnała się i odeszła. W tym momencie zadzwonił dzwonek. Szybko wspięłam się po schodach. Weszłam do klasy jeszcze przed nauczycielem. Rozmowy nie cichły. Wiedziałam, że zrobi się spokojnie dopiero kiedy przyjdzie nauczycielka. Zajęłam swoją ławkę. Była to ostatnia przy oknie. Uwielbiałam tam siedzieć. Byłam niewidoczna. Miałam wrażenie, że jedyne co było wyrazem mojej obecności na lekcji to dziennik, w którym była zaznaczona. Usiadłam i wyjęłam zeszyt i książkę. Dzisiaj powinniśmy rozmawiać o poezji z tego co pamiętałam. Nie przepadałam za poezją. Znaczy... Zależy za jaką. Nie wszyscy wybitni poeci byli dla mnie. W większości ich nie rozumiałam.
Kiedy ruda głowa pojawiła się w klasie, nastała cisza. To również uwielbiałam w tej nauczycielce. Wszyscy mieli do niej respekt. Jak to robiła? - nie miałam pojęcia.
- Dzień dobry. - przywitała się - Otwórzcie książki na stronie 50. Dzisiaj porozmawiamy o Shakespearze.
Hm... No dobrze. Shakespeare też może być. W sumie zawsze mówi się o "Romeo i Julia". W gimnazjum już coś o tym mówili. Teraz pewnie będzie więcej mówienia o tym jaka to piękna historia dwojga zakochanych ludzi. Wywróciłam oczami. Szalenie interesujące.
Dostaliśmy piętnaście minut na zapoznanie się z fragmentami tekstu w podręczniku. Przeczytałam je bez większego zainteresowania. Lubiłam tylko kilka wybranych cytatów z tego dzieła, które faktycznie poza całą historią miały sens. Na przykład:
Czym jest nazwa? To, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało.
Miłość, przyjacielu,
To dym, co z parą westchnień się unosi;
To żar, co w oku szczęśliwego płonie
Mówi więcej przez minutę, niż słucha przez miesiąc.
Ale i tak moim ulubiony pozostał:
Drwi z blizn, kto nigdy nie doświadczył rany.
Potrafiłam się z tym utożsamić. Ci, których nie dotknęło to co ciebie, będą się z tego śmiać. Nikomu nie życzyłabym tego z czym musiałam się borykać, ale nie rozumieli tego i dlatego ze mnie drwili. Albo byli po prostu spierdoleni.
- Kto zinterpretuje cytat: Czym jest nazwa? To, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało.? - cisza. Nikt nie chciał się odezwać - To może Agness.
Co? Ale że ja? Przecież mnie tu nie ma... Nauczycielka patrzyła wprost na mnie. Niechętnie podniosłam się z miejsca. Czułam wzrok wszystkich w sali na mnie. Nie stchórz.
- Według mnie ten cytat mówi o tym, że nie ważne jak coś nazwiemy, bo nie to ma największą wartość. Wartością jest to, czym jest ta rzecz, którą nazywamy. Tak samo róża, o której mowa. Gdyby ktoś nazwał ją papierem toaletowym - śmiech rozniósł się po sali, a na usta nauczycielki wpełzł uśmiech - zachowała by swoje wartości takie jak zapach.
Szybko usiadłam. Tak myślałam, więc to powiedziałam. Wydawało mi się to nawet poprawne. Nauczycielka pokiwała tylko głową.
- Bardzo ładna interpretacja Agness. Plus za aktywność na lekcji.
W podziękowaniu kiwnęłam tylko głową. Chociaż... poważnie? Aktywność na lekcji? Nawet się nie zgłosiłam. Ale w poprzedniej szkole nauczyciel by mi powiedział, że nie mam racji, że jestem głupia i nic nie potrafię, chociaż potem powiedziałby to samo innymi słowami. Tak to wyglądało. Uwzięli się tam na mnie. Tu było inaczej, ale mimo to, wolałam się nie wychylać.
Kiedy tylko zadzwonił dzwonek wyszłam z klasy jako pierwsza. Chciałam zaszyć się na przerwie w jakimś miłym i ciepłym zakątku. Ponieważ na dworze robiło się co raz zimniej, w szkole też spadała temperatura. Znalazłam jakąś ławkę koło grzejnika. To tam postanowiłam się usadowić. Chciałam się trochę zagrzać chociaż przez chwilę. Zaraz i tak miałam kolejną lekcję, którą było wychowanie fizyczne. Chyba powinnam się przebrać. W sumie to miałam ćwiczyć przez dwie godziny. Nie to, żebym nie lubiła ćwiczyć. Ale poprzednia szkoła dała mi popalić. Od tamtej pory naprawdę stałam się outsiderką. I chyba dopiero dzisiaj uświadomiła mi to Savia.
W szatni szybko się przebrałam, nie zwracając większej uwagi, czy któraś z dziewczyn mnie obserwuje. Zawsze miały coś do powiedzenia na temat mojej figury, czy mojej bielizny. Lubiłam moje zwykłe gacie z bazarku i żadna Victoria Secret do szczęścia nie była mi potrzebna. To już nauczyłam się ignorować. Inaczej mogłabym zwariować. Naciągnęłam moje ulubione luźne dresy, które nosiłam tylko po domu i gdy ćwiczyłam. Zawiązałam szybko sznurówki trampek i wyszłam z szatni, czekając na zbiórkę. Nasz nauczyciel, pan Thomanson był całkiem przystojnym mężczyzną. Zawsze ciepło się do mnie uśmiechał. Zrobił to też dzisiaj. Jak zawsze byłam pierwsza i jedyna, która się nie spóźniała. Mężczyzna uważnie na mnie spojrzał po czym podszedł do mnie.
- Niedługo są zawody. Nie chcesz startować? - spytał.
Próbował mnie do tego namówić wcześniej. Ale nie miałam ochoty. Kiedy myślałam, że będzie tam cała szkoła, a moja mama... Ugh... Wolałam chyba się w to na razie nie pakować. Musiałam skupić się na nauce. Już dość miałam dodatkowych aktywności.
- Nie. - odparłam - Niech się pan nie obrazi, ale bieganie w kusych spodenkach zostawiam naszym gwiazdą. - kiwnęłam głową w stronę szatni, a on się roześmiał.
Spojrzał na mnie z lekkim zawodem w oczach, ale nadal uśmiechnięty.
- Zastanów się jeszcze.
Kiwnęłam głową, ale oboje wiedzieliśmy, że nie wezmę udziału w zawodach. Unikałam wszystkiego co wiązało się z jakimkolwiek reprezentowaniem szkoły. To popularsy to robiły, nie ja. Ja tam tylko egzystowałam.
- A, Agness? - spojrzałam ponownie na nauczyciela - Przenoszę cię do innej grupy.
- Słucham? - aż wstałam.
Dlaczego? Nie lubiłam tych dziewczyn, ale mogłam je ignorować. Czy inne dam radę? Może będą bardziej popierdolone? Nie chciał mnie uczyć, czy chciał mi zrobić na złość za te zawody? Poczułam ukłucie strachu. Może nie powinnam, ale mimo wszystko jakoś nie podobało mi się to co mi powiedział. Zaśmiał się, podejrzewam z mojej reakcji i zajął się jakimiś papierkami, które ze sobą miał.
- Od jutra mamy nowego nauczyciela w szkole. To mój dobry znajomy, jest świeżo po studiach. Może on zmotywuje cię do zawodów.
- Naprawdę chce się mnie pan pozbyć, bo nie chcę wziąć udziału w tych zawodach? - skrzywiłam się.
Lubiłam z nim rozmawiać. Był naprawdę w porządku. Toteż nie krępowałam się powiedzieć mu o moich odczuciach. W końcu wykopał mnie właśnie ze swojej grupy. I to wszystko przez jakieś głupie zawody.
- To nie tak. - pokręcił głową - Do jego grupy idą dziewczyny, które dadzą sobie radę. Widać, że ćwiczysz poza szkołą. Dasz sobie radę. To będą męczące lekcje.
- To mnie pan pocieszył.
Ponownie się roześmiał i rozpoczął lekcję. Nie robiliśmy nic szczególnego. Biegaliśmy. Często to robiłam nawet poza szkołą. Chciałam poprawić swoją kondycję więc ćwiczyłam. Potrzebowałam tego do zajęć z samoobrony. Biegałam swoim tempem. Nigdy nie oglądałam się na nikogo. Pozwoliłam sobie odpłynąć myślami gdzieś daleko. Na pewno nie było mnie w sali. Widziałam po prostu każdy kolejny metr, który muszę pokonać. Czasem miałam wrażenie, że płynę. Tak... Po prostu. W zależności od tego jak bardzo odlatywałam kiedy biegałam.
- Ej... - ktoś mnie szturchnął - nauczyciel cię woła.
Podziękowałam cicho jakiejś blondynce i podbiegłam do nauczyciela. Ktoś koło niego stał. Ktoś postawny, wysportowany. Widziałam jego szerokie barki i mięśnie prześwitujące przez koszulkę. Ciemne włosy. Czarne. Nauczyciel rzucił mi krótki uśmiech, a mężczyzna stojący koło niego odwrócił się. Cholera. Aż mnie wbiło tam w środku. Był niezwykle przystojny. Ciemne oczy i ciemne włosy. Dobrze zarysowana szczęka. I pewność siebie która biła na kilometr. Od takich ludzi powinnam się trzymać z daleka. Przeniosłam wzrok na Thomansona, który nadal się szczerzył.
- To właśnie twój nowy nauczyciel Aaron Smith. - przedstawił mi mężczyznę.
Jeszcze raz zmierzyłam go spojrzeniem. Założył ręce na klatce piersiowej. Już wiedziałam, że się nie dogadamy. Na kilometr jechało konfliktem charakterów.
- Naprawdę chce mnie pan na to skazać? - spytałam.
Smith uniósł tylko brew. Jeden kącik jego ust poszybował w górę. Och, jak seksownie. Dość. Spierdalaj gdzie pieprz rośnie. No ale w myślach to chyba mogę sobie pozwolić, co?! Thomanson roześmiał się.
- Dogadacie się. - mruknął. No tak, z pewnością - Aaron tylko wygląda na strasznego.
Raczej na spierdolonego. Tę uwagę zostawiłam dla siebie. Nie podobało mi się to. Nie chciałam u niego ćwiczyć. Czułam, że to się źle skończy. Wiedziałam, że tak jak lubiłam lekcje wuefu tak je znienawidzę.
- Bez urazy, ale... - przerwał mi.
- Agness naprawdę cię lubię, ale nie dyskutuj ze mną.
Uciął krótko. Chyba go wkurzyłam. Ale on mnie też. Kiwnęłam tylko głową i odeszłam. Nie widziałam sensu ciągnąć tej rozmowy. Miałam zamiar trochę odreagować, żeby na następnej lekcji nikogo nie zabić. Przyspieszyłam tempo i prawie sprintem pokonałam kilka okrążeń. Potem sobie odpuściłam. Mój nauczyciel nigdy nie kwestionował tego co robiłam.
- Campbell nie przestawaj biegać! - usłyszałam nieznany mi głos.
Spojrzałam w stronę nauczyciela. To ten nowy. Pierdolony. Co on sobie wyobrażał? Jeszcze mnie nie uczył. Od jutra może mnie musztrować. Dzisiaj niech da mi lepiej spokój, bo przysięgam, że moja pięść spotka się z jego piękną twarzyczką. Będę się po prostu bronić. Odwróciłam wzrok i kontynuowałam marsz. Próbowałam wyrównać oddech i zebrać siłę na ostatnie naprawdę szybkie okrążenie. Już miałam rozpocząć bieg kiedy poczułam uścisk w bicepsie. Natychmiast wykręciłam rękę, łapiąc przeciwnika i wykręcając jego rękę, tak, że był pochylony z dłonią na plecach. Mężczyzna okazał się być moim nowym nauczycielem. No niefortunnie się złożyło. Mógł mnie nie dotykać. Albo chociaż uprzedzić. Wystraszył mnie. Czułam jak moje serce łomocze w piersi. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem rozmasowując bark.
- Ja... - zaczęłam - Przepraszam pana. - mruknęłam tylko i czmychnęłam.
Nie chciałam z nim rozmawiać. Uciekałam przed niekomfortowymi pytaniami. Przebiegłam jedno kółko sprintem i wyszłam do szatni. Wzięłam szybki prysznic, żeby się odświeżyć, a potem ubrałam na siebie ubrania. Dziewczyny dopiero wracały do szatni. Taką miałam umowę z nauczycielem. Mogę wychodzić szybciej, bo trenuję dużo intensywniej niż inne dziewczyny. Już prawie opuściłam salę, kiedy...
- Agness poczekaj proszę.
No i cholera mój plan spalił na panewce. Niechętnie się odwróciłam. No świetnie. Mój nauczyciel szedł w moją stronę z moim nowym nauczycielem. Z tym Smithem to nie miałam ochoty naprawdę rozmawiać. Wkurwiał mnie. Samą obecnością. Może dlatego, że to jak wyglądał totalnie mnie rozpraszało. Był jak cholera przystojny no co mogę na to poradzić! To nie moja wina przecież. Czekałam na pytania, które mi zadadzą, na które nie miałam ochoty odpowiadać.
- Gdzie się tego nauczyłaś? - spytał w końcu.
Ulica mnie tego nauczyła. To byłoby bardzo bezczelne. Ciekawe co by zrobił? Jednak zbyt go lubiłam, żeby tak go potraktować. Myślałam, co mogę mu odpowiedzieć, żeby nadal pozostać bezpieczna. Nikt nie musi wiedzieć.
- Po prostu. - mruknęłam - Spieszę się...
- Nie kłam. - wciął się Smith - Nienawidzę kłamstwa.
Świetnie. W jednej kwestii się chociaż zgadzamy. Czułam, że u niego dość często będę zapominać stroju na WF.
- Nie kłamię. - mruknęłam - Za kilka minut zacznie mi się historia. Pan McOnell nie toleruje spóźnień.
Szach mat! To była szczera prawda. Rzuciłam mu wyzywające spojrzenie. Ma coś jeszcze do powiedzenia? Proszę bardzo! Thomanson uważnie mi się przyjrzał.
- Nie zachowywałaś się tak wcześniej. Agness czy coś się stało?
Tak kurwa. W obecności jebanego Smitha czuję się zagrożona. Nie moja wina. On tak po prostu na mnie działa. Nie miałam pojęcia dlaczego. Wolałam trzymać się z dala od niego.
- Nie. - odparłam - Nowe czynniki źle na mnie wpływają. - odparłam mając nadzieję, że domyśli się o co mi chodzi.
Smith prychnął. Założył dłonie na klatce piersiowej, a ja mimowolnie się spięłam. Pierdol się Aaronie Smith.
- Masz na myśli mnie? - uniósł jedną brew uważnie mnie skanując wzrokiem - Przestań wciskać nam bzdury... - Thomanson mu przerwał.
- Zostaw nas. - mruknął.
Młodszy nie oponował. Po prostu odszedł. Widzę, że umie się podporządkować. To świetnie. Ale widziałam również, że był wściekły.
- Nie możesz się tak zachowywać. - zaczął.
- Proszę nie prawić mi kazań. - mruknęłam i już wiedziałam jak z tego wybrnę - Po prostu... pokłóciłam się rano z mamą. Myślę, że to dlatego jestem dzisiaj taka rozdrażniona. Nie chciałam być niegrzeczna w stosunku do pana.
- A to, że broniłaś się przed nauczycielem?
- To... odruch.
- Niewielu ma takie odruchy.
Odruch nabyty. Przestąpiłam z nogi na nogę.
- No idź.
Kiwnęłam mu tylko głową i prawie wybiegłam z sali. Pieprzony Smith. Muszę sobie załatwić zwolnienie z jego lekcji. Nie chciałam na nie nawet przychodzić. Serce waliło mi jak nigdy ze strachu. Chyba nie tak powinno być. Ale on miał coś takiego... Co kazało mi wpaść mu w ramiona, a potem pierdolnąć patelnią w łeb.
_________________________________________________________________
Być może zostanę tu na dłużej... :)
W szatni szybko się przebrałam, nie zwracając większej uwagi, czy któraś z dziewczyn mnie obserwuje. Zawsze miały coś do powiedzenia na temat mojej figury, czy mojej bielizny. Lubiłam moje zwykłe gacie z bazarku i żadna Victoria Secret do szczęścia nie była mi potrzebna. To już nauczyłam się ignorować. Inaczej mogłabym zwariować. Naciągnęłam moje ulubione luźne dresy, które nosiłam tylko po domu i gdy ćwiczyłam. Zawiązałam szybko sznurówki trampek i wyszłam z szatni, czekając na zbiórkę. Nasz nauczyciel, pan Thomanson był całkiem przystojnym mężczyzną. Zawsze ciepło się do mnie uśmiechał. Zrobił to też dzisiaj. Jak zawsze byłam pierwsza i jedyna, która się nie spóźniała. Mężczyzna uważnie na mnie spojrzał po czym podszedł do mnie.
- Niedługo są zawody. Nie chcesz startować? - spytał.
Próbował mnie do tego namówić wcześniej. Ale nie miałam ochoty. Kiedy myślałam, że będzie tam cała szkoła, a moja mama... Ugh... Wolałam chyba się w to na razie nie pakować. Musiałam skupić się na nauce. Już dość miałam dodatkowych aktywności.
- Nie. - odparłam - Niech się pan nie obrazi, ale bieganie w kusych spodenkach zostawiam naszym gwiazdą. - kiwnęłam głową w stronę szatni, a on się roześmiał.
Spojrzał na mnie z lekkim zawodem w oczach, ale nadal uśmiechnięty.
- Zastanów się jeszcze.
Kiwnęłam głową, ale oboje wiedzieliśmy, że nie wezmę udziału w zawodach. Unikałam wszystkiego co wiązało się z jakimkolwiek reprezentowaniem szkoły. To popularsy to robiły, nie ja. Ja tam tylko egzystowałam.
- A, Agness? - spojrzałam ponownie na nauczyciela - Przenoszę cię do innej grupy.
- Słucham? - aż wstałam.
Dlaczego? Nie lubiłam tych dziewczyn, ale mogłam je ignorować. Czy inne dam radę? Może będą bardziej popierdolone? Nie chciał mnie uczyć, czy chciał mi zrobić na złość za te zawody? Poczułam ukłucie strachu. Może nie powinnam, ale mimo wszystko jakoś nie podobało mi się to co mi powiedział. Zaśmiał się, podejrzewam z mojej reakcji i zajął się jakimiś papierkami, które ze sobą miał.
- Od jutra mamy nowego nauczyciela w szkole. To mój dobry znajomy, jest świeżo po studiach. Może on zmotywuje cię do zawodów.
- Naprawdę chce się mnie pan pozbyć, bo nie chcę wziąć udziału w tych zawodach? - skrzywiłam się.
Lubiłam z nim rozmawiać. Był naprawdę w porządku. Toteż nie krępowałam się powiedzieć mu o moich odczuciach. W końcu wykopał mnie właśnie ze swojej grupy. I to wszystko przez jakieś głupie zawody.
- To nie tak. - pokręcił głową - Do jego grupy idą dziewczyny, które dadzą sobie radę. Widać, że ćwiczysz poza szkołą. Dasz sobie radę. To będą męczące lekcje.
- To mnie pan pocieszył.
Ponownie się roześmiał i rozpoczął lekcję. Nie robiliśmy nic szczególnego. Biegaliśmy. Często to robiłam nawet poza szkołą. Chciałam poprawić swoją kondycję więc ćwiczyłam. Potrzebowałam tego do zajęć z samoobrony. Biegałam swoim tempem. Nigdy nie oglądałam się na nikogo. Pozwoliłam sobie odpłynąć myślami gdzieś daleko. Na pewno nie było mnie w sali. Widziałam po prostu każdy kolejny metr, który muszę pokonać. Czasem miałam wrażenie, że płynę. Tak... Po prostu. W zależności od tego jak bardzo odlatywałam kiedy biegałam.
- Ej... - ktoś mnie szturchnął - nauczyciel cię woła.
Podziękowałam cicho jakiejś blondynce i podbiegłam do nauczyciela. Ktoś koło niego stał. Ktoś postawny, wysportowany. Widziałam jego szerokie barki i mięśnie prześwitujące przez koszulkę. Ciemne włosy. Czarne. Nauczyciel rzucił mi krótki uśmiech, a mężczyzna stojący koło niego odwrócił się. Cholera. Aż mnie wbiło tam w środku. Był niezwykle przystojny. Ciemne oczy i ciemne włosy. Dobrze zarysowana szczęka. I pewność siebie która biła na kilometr. Od takich ludzi powinnam się trzymać z daleka. Przeniosłam wzrok na Thomansona, który nadal się szczerzył.
- To właśnie twój nowy nauczyciel Aaron Smith. - przedstawił mi mężczyznę.
Jeszcze raz zmierzyłam go spojrzeniem. Założył ręce na klatce piersiowej. Już wiedziałam, że się nie dogadamy. Na kilometr jechało konfliktem charakterów.
- Naprawdę chce mnie pan na to skazać? - spytałam.
Smith uniósł tylko brew. Jeden kącik jego ust poszybował w górę. Och, jak seksownie. Dość. Spierdalaj gdzie pieprz rośnie. No ale w myślach to chyba mogę sobie pozwolić, co?! Thomanson roześmiał się.
- Dogadacie się. - mruknął. No tak, z pewnością - Aaron tylko wygląda na strasznego.
Raczej na spierdolonego. Tę uwagę zostawiłam dla siebie. Nie podobało mi się to. Nie chciałam u niego ćwiczyć. Czułam, że to się źle skończy. Wiedziałam, że tak jak lubiłam lekcje wuefu tak je znienawidzę.
- Bez urazy, ale... - przerwał mi.
- Agness naprawdę cię lubię, ale nie dyskutuj ze mną.
Uciął krótko. Chyba go wkurzyłam. Ale on mnie też. Kiwnęłam tylko głową i odeszłam. Nie widziałam sensu ciągnąć tej rozmowy. Miałam zamiar trochę odreagować, żeby na następnej lekcji nikogo nie zabić. Przyspieszyłam tempo i prawie sprintem pokonałam kilka okrążeń. Potem sobie odpuściłam. Mój nauczyciel nigdy nie kwestionował tego co robiłam.
- Campbell nie przestawaj biegać! - usłyszałam nieznany mi głos.
Spojrzałam w stronę nauczyciela. To ten nowy. Pierdolony. Co on sobie wyobrażał? Jeszcze mnie nie uczył. Od jutra może mnie musztrować. Dzisiaj niech da mi lepiej spokój, bo przysięgam, że moja pięść spotka się z jego piękną twarzyczką. Będę się po prostu bronić. Odwróciłam wzrok i kontynuowałam marsz. Próbowałam wyrównać oddech i zebrać siłę na ostatnie naprawdę szybkie okrążenie. Już miałam rozpocząć bieg kiedy poczułam uścisk w bicepsie. Natychmiast wykręciłam rękę, łapiąc przeciwnika i wykręcając jego rękę, tak, że był pochylony z dłonią na plecach. Mężczyzna okazał się być moim nowym nauczycielem. No niefortunnie się złożyło. Mógł mnie nie dotykać. Albo chociaż uprzedzić. Wystraszył mnie. Czułam jak moje serce łomocze w piersi. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem rozmasowując bark.
- Ja... - zaczęłam - Przepraszam pana. - mruknęłam tylko i czmychnęłam.
Nie chciałam z nim rozmawiać. Uciekałam przed niekomfortowymi pytaniami. Przebiegłam jedno kółko sprintem i wyszłam do szatni. Wzięłam szybki prysznic, żeby się odświeżyć, a potem ubrałam na siebie ubrania. Dziewczyny dopiero wracały do szatni. Taką miałam umowę z nauczycielem. Mogę wychodzić szybciej, bo trenuję dużo intensywniej niż inne dziewczyny. Już prawie opuściłam salę, kiedy...
- Agness poczekaj proszę.
No i cholera mój plan spalił na panewce. Niechętnie się odwróciłam. No świetnie. Mój nauczyciel szedł w moją stronę z moim nowym nauczycielem. Z tym Smithem to nie miałam ochoty naprawdę rozmawiać. Wkurwiał mnie. Samą obecnością. Może dlatego, że to jak wyglądał totalnie mnie rozpraszało. Był jak cholera przystojny no co mogę na to poradzić! To nie moja wina przecież. Czekałam na pytania, które mi zadadzą, na które nie miałam ochoty odpowiadać.
- Gdzie się tego nauczyłaś? - spytał w końcu.
Ulica mnie tego nauczyła. To byłoby bardzo bezczelne. Ciekawe co by zrobił? Jednak zbyt go lubiłam, żeby tak go potraktować. Myślałam, co mogę mu odpowiedzieć, żeby nadal pozostać bezpieczna. Nikt nie musi wiedzieć.
- Po prostu. - mruknęłam - Spieszę się...
- Nie kłam. - wciął się Smith - Nienawidzę kłamstwa.
Świetnie. W jednej kwestii się chociaż zgadzamy. Czułam, że u niego dość często będę zapominać stroju na WF.
- Nie kłamię. - mruknęłam - Za kilka minut zacznie mi się historia. Pan McOnell nie toleruje spóźnień.
Szach mat! To była szczera prawda. Rzuciłam mu wyzywające spojrzenie. Ma coś jeszcze do powiedzenia? Proszę bardzo! Thomanson uważnie mi się przyjrzał.
- Nie zachowywałaś się tak wcześniej. Agness czy coś się stało?
Tak kurwa. W obecności jebanego Smitha czuję się zagrożona. Nie moja wina. On tak po prostu na mnie działa. Nie miałam pojęcia dlaczego. Wolałam trzymać się z dala od niego.
- Nie. - odparłam - Nowe czynniki źle na mnie wpływają. - odparłam mając nadzieję, że domyśli się o co mi chodzi.
Smith prychnął. Założył dłonie na klatce piersiowej, a ja mimowolnie się spięłam. Pierdol się Aaronie Smith.
- Masz na myśli mnie? - uniósł jedną brew uważnie mnie skanując wzrokiem - Przestań wciskać nam bzdury... - Thomanson mu przerwał.
- Zostaw nas. - mruknął.
Młodszy nie oponował. Po prostu odszedł. Widzę, że umie się podporządkować. To świetnie. Ale widziałam również, że był wściekły.
- Nie możesz się tak zachowywać. - zaczął.
- Proszę nie prawić mi kazań. - mruknęłam i już wiedziałam jak z tego wybrnę - Po prostu... pokłóciłam się rano z mamą. Myślę, że to dlatego jestem dzisiaj taka rozdrażniona. Nie chciałam być niegrzeczna w stosunku do pana.
- A to, że broniłaś się przed nauczycielem?
- To... odruch.
- Niewielu ma takie odruchy.
Odruch nabyty. Przestąpiłam z nogi na nogę.
- No idź.
Kiwnęłam mu tylko głową i prawie wybiegłam z sali. Pieprzony Smith. Muszę sobie załatwić zwolnienie z jego lekcji. Nie chciałam na nie nawet przychodzić. Serce waliło mi jak nigdy ze strachu. Chyba nie tak powinno być. Ale on miał coś takiego... Co kazało mi wpaść mu w ramiona, a potem pierdolnąć patelnią w łeb.
_________________________________________________________________
Być może zostanę tu na dłużej... :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz